Infotrony czy arele?

Gdy w 1946 roku dotarły do Polski pierwsze doniesienia o ENIAC-u – amerykańskiej, „elektronowej maszynie do liczenia o fenomenalnych właściwościach”, prasa określiła go mianem „robota-matematyka”. Do jego następców przylgnęła nazwa jeszcze bardziej sensacyjna – „mózgi elektronowe”.

W 1953 roku rozpoczynający karierę dziennikarską Olgierd Budrewicz opublikował na łamach „Przekroju” artykuł o inżynierach budujących w Warszawie „sztuczny mózg”. Pracownicy Grupy Aparatów Matematycznych cierpliwie tłumaczyli reporterowi, że „zadania, dla których liczbowej odpowiedzi poszukiwały całymi latami sztaby wybitnych specjalistów, można rozwiązać za pomocą maszyn elektronowych w ciągu kilku godzin”.

Gdy zachęcony tak rewolucyjną wizją Budrewicz zapytał, czy istnieje szansa, że kiedyś wszyscy będziemy korzystać z tych urządzeń, naukowcy z GAM odpowiedzieli jednak: „Do tego nigdy nie dojdzie. Czy z chwilą wynalezienia samolotu zrezygnowaliśmy z usług roweru i samochodu?”.

Istotnie, w Polsce maszyny liczące jeszcze długo traktowane były jako aparatura specjalistyczna, przeznaczona wyłącznie dla wąskiego kręgu fachowców, na zdjęciach przedstawianych najczęściej jako okularnicy w białych kitlach, wpatrzeni w jarzące się lampki kontrolne „mózgów elektronowych”.

W 1956 roku Zdzisław Pawlak (matematyk i konstruktor maszyn liczących) na łamach „Problemów” rozprawił się z tym błędnym pojęciem. Na frapujące wszystkich pytanie: czy maszyny mogą samodzielnie myśleć, odpowiedział:

Gdy słyszymy, że aparaty liczą, rozumują, tłumaczą, wykonują czynności, które do niedawna były wyłącznym przywilejem człowieka – mimo woli równamy je z ludźmi, zapominając, że procesy w aparacie i organizmie są całkiem różne, nieporównywalne, a podobieństwo tylko powierzchowne. Być może, Drogi Czytelniku, dotrą do Ciebie jeszcze dziwniejsze wieści o aparatach; może usłyszysz, że grają one w szachy, uczą się, piszą listy miłosne. Pamiętaj, nie będzie to jednak oznaczało, że udało się aparaty obdarzyć inteligencją, lecz odwrotnie, że ktoś trudną do tej pory pracę umysłową usiłuje sprowadzić do podrzędnej roli bezmyślnej roboty.

Inwazja maszyn elektronowych

W 1958 roku pracownicy Grupy Aparatów Matematycznych uruchomili XYZ – pierwszą poprawnie działającą polską „elektronową maszynę cyfrową”. Zbudowane z przeszło 4000 lamp elektronowych i 2000 diod urządzenie potrafiło w ciągu jednej sekundy dodawać i odejmować nawet do 4500 liczb. XYZ udowodnił, że budowa maszyn cyfrowych w kraju jest możliwa i spowodował przydział poważniejszych środków na rozwój tej dziedziny nauki. Bardzo szybko przyniosło to imponujące owoce.

Zobacz również: Gadżetomania TV: Czy gracze mają większą wiedzę niż gimnazjaliści

Już w 1960 roku na Politechnice Warszawskiej uruchomiono Uniwersalną Maszynę Cyfrową UMC-1 (której następnie zdołano wyprodukować aż pięć sztuk). Wrocławskie Zakłady Elektroniczne Elwro wkrótce uruchomiły seryjną produkcję UMC-1 oraz rozpoczęły konstruowanie własnych maszyn typu Odra (prototypową Odrę 1001 zbudowaną według autorskiej koncepcji inżynierów z Wrocławia uruchomiono już w 1961 roku).

Z kolei twórcy XYZ udoskonalali swoją maszynę w sposób taki, by urządzenie można było produkować seryjnie i instalować u odbiorców zewnętrznych. W nowej, nazwanej ZAM-2, konstrukcji zainstalowano m.in. system wewnętrznego chłodzenia, który pozwalał jej pracować nawet w nieklimatyzowanych pomieszczeniach. Redakcja magazynu „Nowe Drogi” przekonywała:

Jesteśmy świadkami wielkiej inwazji maszyn matematycznych. Obszar, który one zajęły bądź na którym stale umacniają swe przyczółki, trudno już w tej chwili ogarnąć. Z laboratoriów i instytutów, w których rozwiązywano problemy matematyczne, przeszły maszyny liczące do biur konstrukcyjnych zakładów przemysłowych. Wkrótce potem zaatakowały administrację; maszynom matematycznym powierzono organizację i planowanie produkcji, księgowość i sprawozdawczość. W każdej dziedzinie ich rola stale wzrastała. Wszędzie, gdzie znalazły zastosowanie, okazały się precyzyjniejsze i szybsze od człowieka; poza tym nie posiadały subiektywnych uprzedzeń i na ich decyzje nie wpływały postronne zjawiska.

Na początku lat 60. nawet kompletnie niezorientowani w technologicznych nowinkach laicy wiedzieli już, że istnieją potrafiące błyskawicznie rachować „mózgi elektronowe”. Fachowcy woleli mówić o „elektronicznych maszynach cyfrowych”. „Maszyny Matematyczne”, założony w 1965 roku pierwszy w krajach socjalistycznych periodyk poświęcony takim urządzeniom i ich zastosowaniom, proponował nawet zgrabny skrót EMC.

Uważny czytelnik zauważy oczywiście, że w całym tekście ani razu nie padło jeszcze słowo „komputer”.

Walka o słowa

Nic dziwnego, bowiem określenie takie pojawiło się w języku polskim dopiero… w drugiej połowie lat 60. Choć spolszczenie angielskiego, stosowanego powszechnie słówka computer wydawało się naturalne, w prasie i książkach długo jeszcze dominowały „elektroniczne maszyny cyfrowe” – jako zwrot krajowy, a nie zapożyczony z języka obcego.

Charakterystyczne, że gdy w 1966 roku na łamach „Nowych Dróg” słowa „komputer” użył, bodaj jako pierwszy w drukowanej publikacji, Eugeniusz Zadrzyński, zaraz musiał w przypisie wytłumaczyć się, że utworzył to określenie sam, na bazie… komputu – wziętego z łaciny i wykorzystywanego w dawnej Polsce terminu na określenie „liczby, ilości, poczetu; w szczególności etatu liczebnego wojska, jak również ogólnej ilości danych niezbędnych do ułożenia kalendarza świąt ruchomych. Stąd termin komputer można uważać nie za zapożyczony z angielskiego, ale za neologizm od staropolskiego pierwowzoru na oznaczenie urządzenia operującego wielką ilością informacji”.

Znacznie śmielszy był Adam Empacher, utalentowany popularyzator techniki, który rok później na łamach „Maszyn Matematycznych” użył słowa „komputer” bez udawania, że jego źródeł szukać należy w staropolszczyźnie. Redakcja pisma zastrzegała jednak, że określenie to „umieszczono w tekście na wyraźne żądanie autora – wbrew poglądom redakcji, która zachowuje rezerwę przy wprowadzaniu nowotworów językowych”.

Obawiający się – jak pokazał czas, bardzo słusznie – „inwazji angielskiej terminologii do naszego słownictwa” – redaktorzy „Maszyn Matematycznych” rozpoczęli dyskusję, w której – jako zamiennik dla „komputera” – proponowano m.in. określenie „infotron” oraz „arel”, będący skrótem do arytmometru elektronicznego.

Co ciekawe, w dyskusji raz jeszcze wziął udział Adam Empacher, tym razem proponując, by wprowadzić do polszczyzny słowo… „komputor”, które przecież „różni się niewiele, ale jakże ważna to różnica!”. Wszak – jak argumentował autor – w języku polskim wiele nazw nowoczesnych urządzeń ma końcówkę –or (np. generator, akumulator, telewizor czy motor). Natomiast końcówka –er zwykle charakteryzuje zawody ludzi (monter, premier, krupier).

Ostatecznie jednak „komputer” szybko wyparł nie tylko „elektroniczne maszyny cyfrowe” – EMC, ale również niefortunne „mózgi elektronowe” i „arele” i „komputory”. Całą dyskusję zamknął wybitny językoznawca profesor Witold Doroszewski, trzeźwo zauważając, iż ów międzynarodowy termin „nadaje się do używania i nie ma powodu go zwalczać. Najważniejsze jest to, żeby mieć takie maszyny i móc się nimi posługiwać”.

To ostatnie w realiach Polski Ludowej miało okazać się problemem znacznie poważniejszym niż inwazja angielskiej terminologii.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Rozrywka:

Romuald Marczyński i maszyny niemal liczące Przeciwko komputerowej bezmyślności Niezwykłe życie i machiny liczące Abrahama Sterna Zagraj to jeszcze raz, Sam Zwykli gracze to mordercy kreatywności TVP donosi – gry wideo właściwie zabijają. Rewelacyjna parodia! 10 powodów, dla których warto oglądać “The Originals” Słodkie koteczki udają przystojnych modeli 9 najbardziej przerażających miejsc na świecie Złota era seriali ponoć się skończyła. Teraz będziemy oglądać już tylko chłam? Od bezdomnego do elegancika w garniturze w niecałe 3 minuty